Maroko – noc na pustyni Sahara

Maroko – noc na pustyni Sahara

W maju 2018 roku wybrałem się na kilka dni, aby zwiedzić Maroko. Powodów ku temu było kilka, między innymi to, iż jeszcze nigdy nie byłem w Afryce, oraz w żadnym kraju, gdzie religią wiodącą jest Islam, ale jednak przeważającym powodem ku wyjazdowi był fakt, że kupiłem bilety samolotowe za naprawdę niską cenę. 

            Pierwszym miejscem w Maroko, do którego miałem się wybrać była wioska o nazwie Merzouga leżąca zaraz przy pustyni Sahara. Było to idealne miejsce startowe dla osób chcących zobaczyć pustynię. Moim głównym celem, dla którego się tam udałem było spędzenie jednej nocy na pustyni. 

            Około 17:00 wylądowałem na lotnisku w Fezie i szybko udałem się na przystanek autobusowy, z którego miałem dojechać do centrum. Okazało się jednak, że z powodu Ramadanu w dzisiejszym dniu autobusy nie kursowały, dlatego też jedyną opcją była podróż do centrum taksówką. Na szczęście było nas 5 osób z tym samym problemem. Postanowiliśmy razem wziąć taksówkę, ale po zapytaniu się o cenę taksówkarz podał ją zbyt wysoką w porównaniu z tym co można było wyczytać w internecie, ale po około 30 minutach negocjacji udało wynegocjować się lepszą cenę i ruszyć do centrum. 

            Taksówka nie należała do najnowszych, był to stary mercedes, którego stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia. W samochodzie jechało nas 6 osób, 3 z przodu i 3 z tyłu. Wygląda na to, że policja nie zwraca tam dużej uwagi na przestrzeganie przepisów. 

            Po dotarciu do centrum wziąłem autobus prosto do Merzugi. Podróż trwała około 7 godzin, ale ze względu, iż była noc to tak bardzo tego nie odczułem. W Merzuga byłem około 5:00 nad ranem. Z przystanku odebrał mnie właściciel hotelu swoim jeepem. 

            Mimo iż byłem mocno zaspany to otaczające mnie miejsca robiło ogromne wrażenie. Hotel był zaraz przy pustyni, czyli z widokiem na niekończące się wydmy złocistego piasku. Zaraz przy pustyni było stado wielbłądów, które czekały na swoją kolej, aby wyruszyć z turystami na pustynię, a pieśń muezina nawołującego do modlitwy z pobliskiego meczetu o wschodzie słońca dodawała temu wszystkiemu magicznego uroku. 

            Po zameldowaniu się w hotelu i rozpakowaniu poszedłem zobaczyć okolice. Klimat tego miejsca był zupełnie inny niż gdziekolwiek indziej, gdzie już byłem. Budynki były zbudowane z gliny i słomy co było wytłumaczalne tym, iż te materiały dobrze izolowały budynki od środka. Jeszcze o tym nie wspomniałem, ale temperatura na zewnątrz była nie do wytrzymania. Było ponad 35 C w cieniu. 

            Okolica była zupełnie pusta, wszystko było pozamykane łącznie z restauracjami ze względu na Ramadan, który trwa 30 dni. Ludzie w czasie ramadanu jedzą dopiero po zachodzie słońca. Poszedłem również pochodzić trochę po wydmach. Wchodząc w głąb Sahary dookoła siebie ma się niekończące wydmy piasku. Piasek był tak rozgrzany, że długo na pustyni nie wytrzymałem, problemem było również to, że przez wiatr piasek dostawał się wszędzie. Widziałem, że lokalni ludzie noszą tutaj turbany chroniące ich przed słońcem, jak również piaskiem. Zdecydowałem, że po powrocie do wioski znajdę jakieś miejsce, gdzie taki turban kupię. 

            Udało mi się znaleźć turban, jak również zostałem przeszkolony w jaki sposób go założyć. Udało mi się również znaleźć jedno miejsce w którym mogłem coś zjeść. Wybór padł na sałatkę po Marokańsku i herbatę. 

            Po obiedzie wróciłem do hotelu odespać nockę po podróży i wieczorem przy flaszce wina (które kupiłem jeszcze na lotnisku, gdyż w Maroko ciężko dostać alkohol, bo muzułmanie go nie spożywają) rozmawiałem z innymi gośćmi hotelowymi którzy pochodzili głównie z Korei Południowej. Wino piliśmy na tarasie z przepięknym widokiem na Saharę. Akurat natrafiliśmy na burzę piaskową. Możliwość zobaczenia tego żywiołu z daleka robiło wrażenie. Zastanawiałem się tylko co zrobię, gdy jak jutro będę wybierał się na nocleg na pustynię natrafię na taką burzę piaskową, gdyż nie wyglądała ona zbyt bezpiecznie.

            W końcu nadszedł ten dzień. Z samego rana z grupą około 15 osób z tego samego hotelu wyruszyliśmy na Saharę. W miejscu spotkania czekała już na nas grupa wielbłądów wraz z przewodnikiem. 

            Aby wsiąść na wielbłąda pierwsze musiał on ugiąć kolana, gdyż jego wysokość to ponad 2 metry. Dopiero gdy siedziałem na wielbłądzie uświadomiłem sobie, jak był on wielkim stworzeniem. Na samym początku, gdy tylko ruszyliśmy w trasę musiałem przyzwyczaić się do niego i uważać na to, aby z niego nie spaść, gdyż upadek z takiej wysokości nie byłby zbyt przyjemny. 

            Przez pustynię wędrowaliśmy kilka godzin, przed nami i za nami nie było nic poza piaskiem. Słońce grzało niesamowicie, ale dzięki turbanowi, aż tak bardzo tego nie czułem. Często wydmy były bardzo wysokie, ale wielbłądy dawały sobie z nimi radę bez problemu. 

            Jeden z piękniejszych momentów jakich doświadczyłem był zachód słońca, na który specjalnie zrobiliśmy przerwę. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Zachód słońca nad pustynią to jedna z piękniejszych rzeczy jakie widziałem. 

            Gdy dotarliśmy na miejsce czekał już na nas syto zastawiony stół z jedzeniem. Po kolacji mieliśmy mały występ kapeli, która grała nam tradycyjne marokańskie piosenki na lokalnych instrumentach. Po tym wszystkim przyszła pora na oglądanie gwiazd. 

            Nigdzie na świecie nie można zobaczyć tylu gwiazd na niebie co właśnie na pustyni. Za sprawą całkowitej ciemności, ze względu na to, że w promieniu kilkunastu kilometrów nic nie ma, jak również bezchmurnemu niebu, przez całą noc oglądałem niesamowity spektakl, który odbywał się na niebie. Do 4:00 nad ranem nic innego nie robiłem tylko leżałem, gdzieś na środku pustyni na piasku i oglądałem gwiazdozbiory i co jakiś czas spadające gwiazdy. O 4:00 poszedłem do namiotu na godzinę się przespać, gdyż o 5:00 nad ranem mieliśmy ruszać spowrotem.

Wyruszyliśmy w drogę jak jeszcze było ciemno, ale szybko zrozumiałem co było powodem. Był to wschód słońca, który okazał się jeszcze piękniejszy niż zachód. Po powrocie do hotelu spakowałem się i ruszyłem w dalszą podróż po Maroko. Następnym przystankiem był Chafchaouan, czyli tzw. niebieskie miasto. 

Dodaj komentarz

Zamknij menu
EnglishPolish
×
×

Koszyk