Hà Giang Extreme North Motorbike loop

Hà Giang Extreme North Motorbike loop

Po tygodniowym pobycie w Hanoi musiałem zdecydować, którą część Wietnamu chciałbym zobaczyć. Miałem do wyboru jechać na południe do miasta Đà Nẵng i zobaczyć słynny złoty most, lub też co sugerowała mi znajoma pojechać na północ i pokonać trasę Hà Giang Extreme North Motorbike Look na motorze. Wybór padł na opcję drugą. 

            Następnego dnia wyruszyłem na północ. Miałem do pokonania ok 300 km. Pokonałem je dość komfortowo, gdyż w autobusach wietnamskich znajdują się łóżka, tak więc mogłem się przespać. Na miejsce dotarłem w nocy. Po zameldowaniu się w hostelu zrobiłem się głodny. Było już po północy i większość miejsc była zamknięta, ale na szczęście udało mi się znaleźć miejsce, gdzie mogłem zjeść grillowane potrawy. Kiełbaski były przepyszne, a przy okazji poznałem nowych znajomych i zrobiłem sobie kilka zdjęć z miejscowymi, gdyż jakby nie patrzeć rzadko można było tu spotkać kogoś z Europy, tak więc gdzie nie poszedłem byłem od razu przyjaźnie zaczepiany.

            Nadszedł czas na przygotowanie się do tygodniowej podróży, która miała rozpocząć się po południu. Rano udałem się do pobliskiego biura, by wyrobić dodatkową wizę, potrzebną, aby podróżować przy granicy z Chinami. Następnie wymieniłem pieniądze w banku i znalazłem wypożyczalnie skuterów, z której wypożyczyłem jeden z nich za około 20 zł na dzień. Zatankowałem do pełna i ruszyłem przed siebie jedną z najniebezpieczniejszych i zarazem najpiękniejszych dróg motorowych na świecie. 

            Pierwsze wrażenia były niesamowite. Im byłem coraz wyżej nad poziomem morza, tym widoki były coraz piękniejsze. Pierwszy przystanek zrobiłem przy tak zwanej bramie do nieba. Nazwa ta nie wzięła się znikąd. Byłem już kilkaset metrów n.p.m. i rzeczywiście w tym miejscu czuć było bliskość nieba, a widok na wierzchołki gór zanurzone w chmurach był wprost nie do opisania. Niestety nie mogłem się napawać zbyt długo tą chwilą, gdyż zaczynało się robić ciemno a było jeszcze kilka kilometrów do pokonania, a lepiej nie podróżować po tej trasie w nocy. 

            Wieczorem po całym dniu drogi dotarłem do pierwszego z pięciu miast po drodze, czyli do Quan Ba. Szybko znalazłem nocleg z widokiem na góry za około 15 zł i po kolacji i spacerze po tym miasteczku udałem się spać, gdyż kolejnego dnia czekała mnie kolejna długa przeprawa. 

            Tutaj w górach już nie było tak ciepło jak na dole. W końcu byłem już jakieś 1500 m n.p.m. W planach miałem zwiedzić pobliską jaskinię Lùng Khúy i po południu wyruszyć w dalszą drogę. Natomiast plany się trochę zmieniły. 

            Jaskinia była oddalona o jakieś 5 km od hotelu. Miałem nadzieję, że jest możliwość dojechania tam skuterem pod samo wejście. Myliłem się. Okazało się, że motor muszę zostawić w pobliskiej wiosce i do samej jaskini dojść pieszo jakieś 3 kilometry. Dystans ten nie byłby za duży, gdyby nie fakt, że trzeba się wspinać na górę.  

            Dobrze, że nie zrezygnowałem, gdyż widoki z góry na wioskę jak i na pola uprawne, gdzie ludzie jeszcze po staremu bez traktorów i innych wynalazków dzisiejszego świata uprawiali swoje pole, były nie do opisania. Po jakiejś godzinnej przeprawie po wąskiej ścieżce w końcu dotarłem na miejsce.

            Jaskinia była ogromna i niesamowita. Pierwszy raz w życiu coś takiego widziałem. Było to naprawdę niesamowite miejsce. Za każdym krokiem można było podziwiać co innego. Była ona oświetlona przez różne kolory, a małe naturalne zbiorniki wodne dodawały jej uroku. Spędziłem tam bardzo długo czasu, gdyż nie mogłem się nacieszyć jej urokiem. 

            Było już dosyć późno, tak więc zdecydowałem, że zostanę jeszcze ten dzień w tej miejscowości. Mając sporo czasu zdecydowałem się zwiedzić pobliską wioskę. I to była jedna z tych podróżniczych decyzji, dzięki której zyskałem niesamowite wspomnienia. 

            Podziwiając wioskę do której jeszcze nie dotarła cywilizacja i w której jakby czas się zatrzymał byłem mega podekscytowany. Była to normalna wioska, gdzie na co dzień żyją i pracują ludzie. Spacerując po niej w pewnym momencie natrafiłem na dom, przy którym bawiły się dzieci, a starsi odpoczywali siedząc i rozmawiając ze sobą. W pewnym momencie jeden z mężczyzn zaczął do mnie coś mówić, oczywiście nic z tego nie zrozumiałem. Dopiero kiedy wykonał pewien gest, o którym czytałem wszystko było jasne. Był to gest, który oznaczał zaproszenie do wypicia kukurydzianej wódki, którą miejscowi tutaj pędzą. Długo się nie zastanawiałem i wszedłem do środka. Moim oczom ukazała się izba, w takim samym stylu, którą widziałem tylko, gdy byłem w skansenach. W pokoju znajdował się stół i krzesła, a przy ścianach były łóżka. Usiedliśmy przy stole i po chwili na nim znalazła się miska do której z pięciolitrowego kanistra został przelany słynny wietnamski samogon. Do przepicia otrzymałem, co mnie trochę zdziwiło gorącą wodę. Po przelaniu wódki do kieliszków nadszedł czas na pierwszy toast. W smaku wódka dużo się nie różniła od tej znanej mi z Polski, ale ciężko było mi przepić ją gorącą wodą. 

            W czasie naszego pobytu pomimo faktu, iż żadna ze stron nie mówiła wspólnym językiem to dużo rozmawialiśmy głównie gestykulując, ale też posługując się Google Translatorem. Z naszych „rozmów” wywnioskowałem między innymi to, że w tym domu żyją trzy pokolenia. Jednym z faktów, który mnie zaskoczył było to, że 18 letni chłopak miał już dwójkę dużych dzieci; jedno w wieku 2 lat i jedno 4-letnie. Oznaczało to, że mając 14 lat został on ojcem. 

            Jednym z nowych doznań jakich tam doświadczyłem, było spróbowanie wietnamskiej fajki wodnej, którą pali się tutaj zwyczajowo po jedzeniu i w czasie picia herbaty. Fajka była zrobiona z wydrążonego bambusa o długości ok 60 cm i średnicy ok 6 cm, gdzie do specjalnego otworu dodawało się kulkę tytoniu i podpalało. Było to tak mocne, że po zaciągnięciu się, nie mogłem przestać kaszleć przez minutę. 

            No, ale co dobre szybko się kończy, tak więc musiałem wracać do hotelu, gdyż zrobiło się ciemno i tym samym cała rodzina szykowała się do snu. Zrobiłem z nimi pamiątkowe zdjęcie i pożegnałem się. Po powrocie, pierwsze co zrobiłem to położyłem się do łóżka i zamknąłem oczy, których nie zamierzałem otwierać już do samego rana. 

            Następnego dnia ruszyłem w dalszą podróż. Droga była tak samo niebezpieczna jak wcześniej, była wąska i nie było żadnych barierek zabezpieczających przed spadnięciem w przepaść. Często również mijałem wioski, gdzie przy drodze bawiły się dzieci. Za każdym razem, gdy ich mijałem machały do mnie, co było bardzo miłe. 

            Wiedziałem, że dzisiaj czekają na mnie niesamowite widoki. Nie zawiodłem się. Już kawałek po wyjechaniu z miasta Đồng Văn zaczęły się ukazywać najpiękniejsze widoki jakie moje oczy ujrzały w całym moim życiu. Czegoś tak pięknego nie da się opisać. Byłem ponad 2000 m n.p.m na najwyższym punkcie, gdzie wszystkie inne wierzchołki gór były poniżej. W kotlinie przepływała rzeka, której kolor był doskonale błękitny. W tym stanie mogłem trwać i trwać. Czas, tak jakby się zatrzymał. Chciałem jak najwięcej napawać się tą chwilą, gdyż wiedziałem, że już długo nie zobaczę nic równie pięknego. 

Niestety musiałem obudzić się z tego pięknego snu i ruszać w dalszą drogę, gdyż następne miasto było oddalone o kilkadziesiąt kilometrów, a musiałem zdążyć przed zachodem słońca, bo podróż w ciemności po górach byłaby naprawdę niebezpieczna. 

            Droga przebiegała bezproblemowo, przynajmniej tak myślałem. Wskaźnik paliwa już był bliski czerwonej kreski, natomiast nie przejmowałem się tym zbytnio, gdyż miasto powinno być już nie daleko, ale coś mi się nie podobało w tej drodze, po której obecnie jechałem. Była ona praktycznie nie uczęszczana przez nikogo i zbyt wąska. Stanąłem i jeszcze raz przeanalizowałem trasę w Google Maps. Okazało się, że zabłądziłem bo skręciłem nie w tą drogę co trzeba było. Ogólnie okazało się, że muszę nadrobić jakieś 20 km drogi. Nie przejmowałbym się tym zbytnio, gdyby nie fakt, że zrobiło się już ciemno a wskaźnik paliwa wskazywał już rezerwę. Powrotna droga też nie należała do najbezpieczniejszych. Jedyne co mi pozostało to nadzieja, że wszystko się uda i jakimś cudem dotrę na miejsce w jednym kawałku.

            Licznik skutera nie przekraczał 30 km na godzinę. Widoczność jaką uzyskałem nie pozwalała mi na więcej. Każdy nawet najmniejszy błąd mógł się dla mnie skończyć tragedią. Po około godzinnej podróży w totalnej ciemności i praktycznie zerowym ruchu innych pojazdów po drodze w końcu moim oczom ukazała się jakaś miejscowość, gdzie mogłem zatankować skuter. Dojechałem tam dosłownie na oparach. Miałem wielkie szczęście. 

            Znalazłem jakiś miejscowy hotel, zaparkowałem skuter, odpowiednio go zabezpieczyłem i poszedłem odpocząć po dość stresującej podróży, ale podróży która na długo pozostanie w mojej pamięci.     

            Zrobiłem się głodny, to też poszedłem coś zjeść. W pobliskim miejscu zamówiłem kilka kiełbasek z grilla. Obok mnie siedziała grupa Wietnamczyków, którzy na lewo konsumowali wódkę polewając ją z plastikowej butelki, aby właściciel lokalu nie zauważył. Ledwo co mnie zauważyli i od razu otrzymałem kieliszek wietnamskiego specjału do spróbowania. Przyszła również kolej na zdjęcia. Po kilku kieliszkach nawet zaczęliśmy się sprawnie komunikować. Mimo, iż mieszkali oni w wysokich górach z dala od większych miast to znali nasz kraj. Zawsze kiedy mówiłem, że jestem z Polski słyszałem:

– Polska, Lewandowski, Lewandowski!

            Niestety, co dobre szybko się kończy i następnego dnia musiałem wracać do punktu z którego wszystko się zaczęło czyli do Hà Giang. Postanowiłem, że wrócę inną drogą. Okazało się, że był to błąd, gdyż jeszcze tak zniszczonej drogi nie widziałem. Dziura praktycznie była przy dziurze. Co kilka kilometrów można było spotkać miejscowych, którzy trudzili się w pracy. O zabezpieczeniach pobocza nie było mowy. Nie było żadnych barierek a przepaść w dół była głęboka. Ale jakoś dałem radę wrócić na miejsce w całości. Widoki już nie robiły takiego wrażenia jak wcześniej, natomiast jedną z rzeczy, która mi towarzyszyła podczas powrotu było to, iż większość drogi spędziłem w chmurach. Byłem akurat na takiej wysokości, że raz byłem ponad nimi a raz pod nimi.

            Do Hà Giang zajechałem jeszcze przed zachodem słońca. Postanowiłem, że wyjadę jeszcze na pobliskie wzgórze, z którego rozciąga się widok na panoramę miasta. Tak też zrobiłem i przy tym pięknym widoku na miasto zakończyła się moja przygoda. Musiałem się obudzić z tego pięknego snu i następnego dnia już wracać do Hanoi, skąd miałem samolot powrotny do Polski.

Dodaj komentarz

Zamknij menu
×
×

Koszyk